- Co to jest? - spytal Hoagland, mruzac oczy. - To chyba... jakies mechanizmy.
- Wiem, co to jest - odparl Fred. - I musimy o nie zagrac - pomyslal. - Musimy zebrac w osadzie wszystkie towary, które ci ludzie zechca przyjac w zamian, wszystkie glówki kapusty, kurczeta, owce i welniane koce. Poniewaz musimy wykorzystac te szanse. I to bez wzgledu na to, czy general Wolff o tym wie i czy mu sie to spodoba.
- Mój Boze - cicho powiedzial Hoagland - to pulapki.
- Zgadza sie, prosze pana - spiewnym glosem zawolala kobieta. - Homeostatyczne pulapki; same wykonuja cala prace i samodzielnie mysla. Trzeba je tylko wypuscic, a one wedruja i wedruja, i nie spoczna, dopóki nie zlapia... - Mrugnela znaczaco. - Wie pan czego. Tak, wie pan, co one lapia, mój panie: te male paskudne stworzonka, których nigdy nie bedziecie w stanie wylapac sami, które zatruwaja wam wode, zabijaja wasze bydlo i doprowadzaja do ruiny wasza osade. Wygrajcie jedna taka pulapke, cenna, przydatna pulapke, a sami sie przekonacie, sami sie przekonacie! - Rzucila wiklinowe kólka, które niemal osiadlo na jednej ze skomplikowanych, lsniacych metalicznie pulapek; w istocie zatrzymaloby sie na niej, gdyby rzucila je choc troche bardziej starannie. Tak przynajmniej sie wydawalo, i wszyscy tak to odczuli.