- Przyjdzcie obejrzec Orfeusza, glowe bez widocznego ciala! - wolal przez megafon konferansjer, a grupa osadników, zlozona glównie z dzieci, ogladala to widowisko w zaleknionym milczeniu. - Jak utrzymuje sie przy zyciu? Jak sie przemieszcza? Pokaz im, Orfeusz! - Konferansjer rzucil w kierunku glowy garsc jakichs jadalnych kapsulek - Fred Costner nie widzial ich dokladnie ona zas otworzyla szeroko przerazajaco wielkie usta i wchlonela wiekszosc kasków, które znalazly sie w jej zasiegu. Konferansjer zasmial sie i kontynuowal swój monolog. Samoglowiec kolysal sie teraz, pracowicie zbierajac kaski, które przelecialy obok niego.
- Jezu! - pomyslal Fred.
- No i co? - spytal Hoagland Rae, który wyrósl nagle obok niego. - Czy widzisz tu jakies gry, na których moglibysmy cos zyskac? Czy masz ochote rzucic w cos pilka do baseballu? - Jego glos przesiakniety byl gorycza. Nie czekajac na odpowiedz odszedl zmeczonym krokiem malego, grubego czlowieczka, który poniósl zbyt wiele klesk, zbyt wiele razy zostal pokonany.
- Chodzmy - powiedzial, podchodzac do grupy doroslych mieszkanców osady. - Zbierajmy sie stad, zanim wdamy sie w nastepna...
- Poczekajcie - zawolal Fred. Czul juz ten zapach, znany, przyjemny zapach. Dochodzil on ze straganu stojacego na prawo od niego, wiec od razu ruszyl w tamta strone.