- Chyba... pójde lepiej po Hoaglanda - wykrztusil wreszcie Vince. Liczni osadnicy, wsród których bylo tez sporo dzieci, posuwali sie juz jak zahipnotyzowani w kierunku ustawionych rzedami straganów i kolorowych serpentyn, które lsnily i powiewaly na tle bezbarwnego marsjanskiego nieba.
- Podejde blizej i dokladnie im sie przyjrze - powiedzial Turk - a ty postaraj sie go tymczasem znalezc. - Ruszyl w kierunku lunaparku stopniowo przyspieszajac bieg i wzbijajac tumany piasku.
- Zobaczymy przynajmniej, co maja do zaoferowania - mówil Tony Costner do Hoaglanda. - Wiesz, to nie sa ci sami ludzie; to nie oni zwalili nam na glowe te okropne, cholerne mikroroboty - mozesz sam sie przekonac.
- Moze to byc cos gorszego - powiedzial Hoagland, ale odwrócil sie do Freda i spytal: - A co, ty o tym myslisz?
- Chce to zobaczyc - odparl chlopiec. Byl juz zdecydowany.