- Widze je - odparl Turk. - Ale ani ja, ani Hoagland nie zblizymy sie nigdy wiecej do zadnego z tych nieterrenskich lunaparków spoza naszego systemu. Jestem tego równie pewien, jak tego, ze nazywam sie Bob Turk.
Jakze szybko zabierali sie do pracy. Nie tracili ani chwili; Turk slyszal juz z oddali pobrzekujaca muzyke towarzyszaca zwykle karuzelom. I czul zapachy. Wata cukrowa, pieczone orzeszki ziemne... i subtelna won przygody i podniecajacych widowisk, won owocu zakazanego. Jakas kobieta o dlugich splecionych wlosach zrecznie wskoczyla na estrade i zaczela cwiczyc swój taniec; miala na sobie tylko skapy stanik i strzepek jedwabiu na biodrach. Turk nie mógl oderwac od niej wzroku. Wirowala coraz szybciej i szybciej, az w koncu podniecona rytmem, zrzucila calkowicie swój skapy strój. Ale najdziwniejsze w tym wszystkim bylo to, ze mial poczucie obcowania z prawdziwa sztuka - nie byl to zwykly lunapark zalatujacy na mile tandeta. W ruchach dziewczyny bylo cos pieknego i ozywczego; czul sie wprost urzeczony.