Trzymajac rece gleboko w kieszeniach kurtki i powlóczac posepnie nogami zaczal oddalac sie od kanalu, gdy nagle uslyszal nad glowa ogluszajacy ryk miedzysystemowego pojazdu.
Stal jak slup soli patrzac w góre i czujac, ze jego serce przestaje bic. - Czyzby wracali? - spytal sam siebie. - Czy to statek Przedsiebiorstwa Rozrywkowego "Spadajaca Gwiazda"... Czy zamierzaja znowu na nas napasc, wykonczyc nas do reszty? - Osloniwszy oczy wpatrywal sie goraczkowo w pojazd, nie mogac nawet zmusic sie do ucieczki, jak czlowiek, którego cialo nie reaguje juz na instynktowny zwierzecy lek.
Statek, przypominajacy gigantyczna pomarancze, schodzil do ladowania. Ksztalt pomaranczy, pomaranczowy kolor... teraz widzial wyraznie, ze nie jest to blekitny, podluzny statek "Spadajacej Gwiazdy". Ale nie byl to tez statek z planety Terra; nie nalezal do ONZ. Fred nie widzial jeszcze nigdy dotad takiego pojazdu i byl przekonany, ze jest to kolejny statek spoza Systemu Slonecznego; bardziej przekonany niz wtedy, kiedy ujrzal po raz pierwszy blekitny wehikul tych istot ze "Spadajacej Gwiazdy". Nie zadano sobie nawet trudu, by upodobnic go choc troche do pojazdów uzywanych na Terra.