- Poszedlem po panne Beason - tlumaczyl sie Bob Turk a kiedy wrócilem, juz ich tu nie bylo. Przepraszam. - Wydawal sie skruszony, jakby to byla jego wina. - Ale ty byles nieprzytomny, balem sie, ze nie zyjesz.
- W porzadku - powiedzial Hoagland, dzwigajac sie na nogi; bolala go glowa i czul mdlosci. - Postapiles slusznie. Moze lepiej zawolac tu tego chlopaka Costnerów, spytac go, co o tym sadzi. No cóz - dodal - zostalismy nabrani. Drugi rok z rzedu. Tyle, ze tym razem jest gorzej.
Tym razem - pomyslal - wygralismy. Bylismy w lepszej sytuacji rok temu, kiedy po prostu przegralismy.
Mial przeczucie, ze prawdziwe klopoty dopiero sie zaczna.
W cztery dni pózniej Tony Costner, wykopujac motyka chwasty na swej plantacji dyn, zauwazyl, ze cos porusza sie pod powierzchnia ziemi. Przerwal prace i bezszelestnie siegnal po widly. - To marsjanski susel - pomyslal - podgryzajacy korzenie roslin. Zaraz go dostane. - Podniósl widly i gdy ziemia poruszyla sie po raz drugi, wbil w nia gwaltownie zeby widel, przebijajac sypka, piaszczysta glebe.