Figurka poruszyla sie. Siegnela do zwisajacej u jej boku torby, przypominajacej ladownice, wyjela z niej malenka tube i skierowala jej wylot w strone Hoaglanda. - Poczekaj - powiedzial slabym glosem Hoagland. Stojacy za jego placami zabeczal jak owca, pospiesznie sie wycofujac. Cos wybuchlo mu prosto w twarz, swiatlo, które odrzucilo go do tylu; zamknal oczy i krzyknal z przerazenia. - Atakuja nas! - zawolal, ale glos nie wydobyl sie z jego gardla; nic nie uslyszal. Wolal bezsilnie w nie konczacej sie ciemnosci. Blagalnym gestem wyciagnal przed siebie po omacku rece... Pochylila sie nad nim dyzurna pielegniarka osady, przyciskajac do jego nosa butelke z amoniakiem. Stekajac z wysilku zdolal uniesc glowe, otworzyc oczy. Lezal w swoim warsztacie, otoczony wianuszkiem doroslych mieszkanców osady, wsród których czolowe miejsce zajmowal Bob Turk; wszyscy mieli poszarzale z przerazenia twarze. - Te lalki, czy cokolwiek to jest - zdolal wyszeptac Hoagland - zaatakowaly nas; zachowajcie ostroznosc. - Przewrócil sie na bok, by spojrzec na rzad lalek, które tak starannie poukladal pod przeciwlegla sciana. - Uruchomilem nieopatrznie jedna z nich - wymamrotal. - Zamknalem obwód; popelnilem blad, ale teraz juz wiemy... Nagle zamrugal oczami. Lalki zniknely.