- Zastanawiam sie - powiedzial Fred. Przygladal sie uwaznie nagrodom. Bezglowiec zachichotal ustami znajdujacymi sie w centralnym punkcie klatki piersiowej. - Zastanawia sie! Watpie w to! - powiedzial szyderczo. Zachichotal ponownie i Fred poczul, ze sie czerwieni. - Czy w to wlasnie chcesz grac? - spytal podchodzac blizej jego ojciec. Teraz pojawil sie równiez Hoagland Rae; dwaj mezczyzni staneli po obu stronach chlopca i wszyscy trzej przygladali sie nagrodom. - Co to jest - pomyslal Fred - lalki? Tak przynajmniej wydawalo sie na pierwszy rzut oka; na pólce ustawionej na lewo od dziewczyny obslugujacej stoisko lezaly rzedami male figurki, chyba plci meskiej. Nie mógl w zaden sposób zglebic przyczyn, dla których wlasciciele lunaparku postanowili je chronic; musialy byc calkowicie bezwartosciowe. Podszedl blizej, starajac sie zobaczyc... - Ale nawet jesli wygramy, Fred, co bedziemy z tego mieli? wyszeptal niepewnie Hoagland Rae, odciagajac go na strone. Nic, co mogloby sie nam przydac, tylko te plastikowe figurki. Nie uda nam sie ich nawet wymienic na towary z innymi osadami. Wydawal sie rozczarowany; kaciki jego ust opadly w dól, nadajac twarzy wyraz zniechecenia. - Mam wrazenie, ze nie sa tym, czym sie wydaja - powiedzial Fred. - Ale nie mam pojecia, czym sa. Tak czy owak niech mi pan pozwoli spróbowac, panie Rae; wiem, ze to wlasnie ten stragan. Wiedzial tez, ze wlasciciele wesolego miasteczka równiez sa tego zdania.