Fred Costner, wytezajac wzrok, dostrzegal juz mgliste zarysy wesolego miasteczka, wznoszonego przed uniesionym dziobem statku miedzyplanetarnego. Kramy, migoczace wielkie transparenty i tanczace na wietrze metalowe serpentyny... slyszal tez dzwieki muzyki z tasm, a moze prawdziwych organów parowych?
- Jasne - mruknal. - Poradze sobie z nimi. Cwiczylem codziennie, odkad pan Rae mi o tym powiedzial. - Chcac tego dowiesc, poderwal w góre wysilkiem woli lezacy przed nimi glaz; kamien zatoczyl w powietrzu luk i pomknal z wielka szybkoscia w ich strone, a potem nagle opadl z powrotem na brunatna, wyschnieta trawe. Owce zaczely mu sie tepo przygladac, a Fred wybuchnal smiechem.